Czasem myślę, że wolałabym żyć w moim odrealnionym świecie, świecie książek niespowitym kurzem bezczynności i niewyprutym z uczuć. Świecie do którego można wejść, wyjść i odłożyć go na półkę. Świecie innym niż ten tutaj. A może tym samym, ale cicho krzyczącym, głośno milczącym, schowanym w serc ludzkich wrażliwości, uwiezionym w ludzkich głowach. To nieodpowiedzialne nie brać życia we własne ręce. Uciekać, biec przed siebie, byle nie tam dokąd trzeba. Bać się własnych wyborów, bać się własnego jestestwa. Czuć lęk przed prawdą o sobie. Czuć strach przed odstawaniem od reszty. To takie łatwe. Może zbyt łatwe. Poddać się, płynąć z nurtem rozszalałej rwącej rzeki, skrzętnie zamknąć duszę i rozum uwięzić we własnym stworzeniu przykutym do krzyża opinii publicznej. Dać się wyprodukować innym, na nowo
Byleby tylko nie
zatracić
s i e b i e
s i e b i e
Taka ot refleksja naszła mnie w związku z nowym rokiem szkolnym. Zmieniam czasowo miejsce zamieszkania, by oddać się w wir nauki i dużego miasta. Dać pochłonąć się kulturze masowej zalewającej nas z każdej strony. Może przede wszystkim, by spełniać marzenia. Otworzyć i zamknąć niektóre furtki. Odświeżyć zakurzone nadzieje na lepszą mnie. Myślę, że "strach przed "dzisiaj" paraliżuje" może zbyt często. Krępuje ręce. Spowija usta krzykiem milczenia. Zamyka, dusi, dławi. Zabiera mi siebie.




Ja jeszcze do końca nie czuję atmosfery szkolnej. Niesamowicie inspirujący post!
OdpowiedzUsuńBuziaki, mój blog <-