Dziura w ścianie

No i stało się, drugi tydzień szkoły, a już dopadła mnie choroba. Cóż, może jest ona czasem potrzebna aby usiąść i zacząć myśleć, zastanowić się nad własnych bytem. Nadal odczuwam, że nie potrafię się dopasować, nie potrafię się zgrać z innymi, a jedynie zamykać we własnej norze egoizmu, wciąż licząc na to, że ktoś wyciągnie rękę, a ja nie odetnę mu palców i nie zranię serca. Cały czas mam nadzieję, że się uda, bo przecież to nadal tylko początek i koniec.


Już na progu staram się uczyć na szkolne olimpiady, bo zdaję sobie sprawę ile siebie należy w nie włożyć. Nauka sprawia mi niejako przyjemność niebytu. Od tak nie być, nie istnieć, nie czuć niczego. nie myśleć, a jedynie chłonąć wiedzę jak gąbka. To trochę tak jak używki- tracić kontrolę nad własnym życiem, oddalać świat na dalszy plan, w dalszym ciągu drzwi duszy wprawnie barykadować przed refleksją. Ale dusza krzyczy, dusza wyje, bije na alarm, a Ten na górze autorytatywnie zgubioną czarną owce woła. Trochę za głośno, trochę natrętnie, ale z szacunkiem odnosząc się do chaosu. To czas na zmiany odśrodkowe, gruntowny remont- nie dziur łatanie. A szkoda, tak by się chciało- tapetę przykleić, obraz na wyrwę w ścianie powiesić, nadto zdjęcia pięknego domu wspominać, zasłaniając nimi obraz rzeczywisty. Jaką to trzeba mieć odwagę, aby żyć, zapalać, iść w górę rzeki w deszczu i nawet w burzy. Przecież można położyć się na wznak, i płynąć. W dół. Coraz to niżej i z szybszym nurtem powoli sobie dogasać.

A jak wam minął drugi tydzień ;)?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz